Popatrzyłem na niego osłupiały. Może i był inteligentny, błyskotliwy i miał niezwykłą smykałkę do zagadek, ale był w takim samym stopniu bezczelny, arogancki i nie potrafił przyznać się do błędu! Oto, moi drodzy, prawdziwa twarz Sherlocka Holmesa.
- Jesteś najbardziej bezwstydnym, ignoranckim dupkiem jakiego miałem nieprzyjemność poznać... - mruknąłem z przekąsem.
- Też się cieszę z tak błyskotliwego współlokatora, doktorku. - zrewanżował się całą gamą sarkazmu w jednym zdaniu.
Niesamowite.
Usiadłem po drugiej stronie stołu i przyglądałem się mojemu przyjacielowi, który z niezwykłym zacięciem i skupieniem na twarzy dobierał kolejne substancje potrzebne do stworzenia nowej śmiertelnej trucizny. Jego oczy uważnie wpatrywały się w mikroskop, a ręce przebierały w butelkach, fiolkach, zlewkach i probówkach. Co chwilę chwytał w rękę pipetę i dodawał kilka kropel przeróżnych cieczy.
- Ha! Mam! - wykrzyknął, podrywając się z miejsca. O mało co nie zrzucił mikroskopu, ale jego niezwykła uwaga pozwoliła na odpowiednio wczesne złapanie przyrządu. - Oliverze, twój czas nadszedł! - rzucił się pędem do klatki. Zorientowałem się, co ten przeklęty idiota chce zrobić, więc sam wyrwałem się w tamtą stronę. W ostatniej chwili położyłem rękę na drzwiczkach, podobnie jak Sherlock. Impet jego dłoni pozostawił na mojej czerwony ślad.
- Ani mi się waż, bo sam ci to zaaplikuję, kiedy będziesz spał. - warknąłem ostro i przesunąłem się tak, by plecami zasłaniać świnkę morską. Mój towarzysz popatrzył na mnie jak na idiotę.
- Tak, tak, bardzo śmieszne, a teraz się odsuń. - mruknął lekceważąco i zrobił krok do przodu. Ja jednak nie odstąpiłem. Nie dam zabić tej biednej istotki.
- Nie ma takiej opcji. Testowanie substancji na zwierzętach jest nielegalne. - dodałem i wyciągnąłem przerażone zwierzę z klatki.
- Dajże spokój, doktorku. - mruknął i sięgnął po Olivera. Uchyliłem się w porę i truchtem pobiegłem do pani Hudson. Z góry doszedł mnie dźwięk uderzenia w podłogę. Czyżby Sherlock potknął się o dywan.
- Witaj, John. Coś się stało? - w drzwiach pojawiła się nasza kochana gosposia.
- Tak, tak. - wystrzeliłem zdenerwowany. - Niech pani go weźmie, bo ten psychopata go zabije. - wcisnąłem kobiecie w ręce zwierzaka i zostawiłem osłupiałą. Holmes akurat schodził ze schodów i rozcierał udo.
- Przeklęta wykładzina... - powiedział pod nosem. - Watson! Gdzie mój Oliver?!
- Musiał mi jakoś... no ten... Uciekł mi... - odrzekłem zakłopotany.
- Nie umiesz kłamać. Kto go ma? To stare babsko? Zaraz odzyskam tą świnkę morską. - ruszył w kierunku mieszkania pani Hudson. Nagle jednak usłyszałem syreny policyjne.
- Sherlock! To chyba Lestrade, nie sądzisz? - zatrzymał się w półkroku i na jego twarzy zagościł uśmiech.
- Ty i Oliver macie szczęście. Załatwię to później. - wyszczerzył się złowrogo i pobiegł na górę.
Policjant tymczasem zapukał do drzwi. Podszedłem i otworzyłem mu, witając go uściśnięciem dłoni. Również udaliśmy się do naszego lokum. Ku mojemu zdziwieniu detektyw spokojnie siedział na fotelu czytając gazetę, a w kuchni aż błyszczało. Nie było śladu po niedawnym szalonym laboratorium.
- Sherlocku... - zaczął jak zwykle zmieszany policjant.
- Tak, tak. Zabójstwo. Coś ciekawego?
C.D.N.
czwartek, 7 maja 2015
wtorek, 5 maja 2015
Kobieciarz- część 1
W przychodni było dzisiaj mnóstwo pracy. Pacjenci kłócili się o nic zepsuł mi się komputer, a na koniec wylałem sobie na spodnie kawę. Cudownie.
Wracając do domu rozbłysło we mnie światełko nadziei, że mój towarzysz dla odmiany pozwoli mi odpocząć, jednak dochodzące z mieszkania przerażone okrzyki pani Hudson skutecznie zniwelowały moje jakże śmiałe marzenia. Kilkoma susami pokonałem schody i wchodząc do mieszkania natychmiast kucnąłem, unikając tym samym szklanej popielniczki lecącej na wysokości mojej głowy. Z głośnym hukiem uderzyła o drzwi i rozbiła się na drobne kawałki.
- Sherlock! - wrzasnęła przerażona kobieta - Mogłeś go zabić! - widząc jednak wzrok detektywa, przerażona czmychnęła do siebie. Usunąłem się jej z drogi, wpatrując się w przyjaciela. Jedną ręką nerwowo przeczesywał włosy, drugą zaś wszystko podnosił przesuwał, zrzucał, podrzucał, przekładał, odkładał i tłukł. Mamrotał coś pod nosem o papierosach, nogi mu się plątały. Postanowiłem tym razem odpuścić i przerwać to bezmyślne demolowanie mieszkania.
- Włożyłeś je do kapcia, geniuszu. - mruknąłem. Na moje słowa odwrócił się, przeskoczył przez fotel i chwycił moją kurtkę. Był jednak tak roztrzęsiony, że z łatwością się wyswobodziłem. - Kapeć. Papierosy. Tam. - wskazałem ręką na parę schodzonych pantofli. Sherlock podszedł do nich, wyciągnął jedną sztukę i włożył do ust. Przez chwilę siłował się z zapalniczką, a gdy już wygrał starcie zaciągnął się dymem z błogim wyrazem na twarzy. Zaraz jednak oprzytomniał i popatrzył na mnie z nieskrywanym zdziwieniem.
- Skąd wiedziałeś?
- Tylko wtedy demolujesz pół mieszkania. - skwitowałem z kwaśną miną. - Aż tak ci się nudzi, czy może kolejny z twoich eksperymentów nie wychodzi?
- To drugie. Pieprzony Oliver nie chce umrzeć. - warknął,
- Kto?
- Moja świnka morska. - powędrował do kuchni, zatrzymując się na chwilę i patrząc na mnie. - Biała, z ekspresu.
- Hm? - zmarszczyłem brwi w dezorientacji.
- Kawa. Była zimna, kiedy ją wylałeś wnioskuję więc, że nie miałeś czasu jej wypić. Z powodu natłoku pracy oczywiście. Twoje powieki są ociężałe, a szczęka mimowolnie spięta, niewątpliwie miałeś do czynienia z niezwykle upartą klientką z małym dzieckiem, pewnie dziewczynką. Pytała się, czemu przepisałeś jej nierefundowane leki, na co odpowiedziałeś, że nie mają zamienników. Ona jednak wezwała twoją przełożoną i zrobiła awanturę na pół przychodni. Mylę się? - dodał i zasiadł przed mikroskopem. Chwilę badał jakąś ciecz, by po chwili pobrać ją za pomocą pipety i dodać do probówki. Chwycił za strzykawkę, nabrał dziwnego płynu i wyciągnął przerażonego i zmarnowanego Olivera. Zdezynfekował miejsce na grzbiecie i zaaplikował substancję. Odłożył świnkę do klatki i czekał. Nic się jednak nie wydarzyło.
- Cholera, nie wiem, co jest nie tak. - mruknął do siebie.
- To był chłopiec. - rzuciłem, zadowolony poniekąd z błędu przyjaciela.
- No mówię przecież. - rzucił nieobecnym tonem.
C.D.N.
Sprawa nr 1 - Kobieciarz
Opis ogólny: Młoda kobieta zamordowana w domu na obrzeżach Londynu. Brak śladów włamania, wszystko w idealnym porządku. Nic nie wskazuje na to, że ofiara się broniła.
Ofiara: Kobieta, około 24 lat. Niebieskooka blondynka. Ubrana w luźną białą bluzkę, niebieskie jeansy i cienki beżowy płaszcz. Dowód osobisty przy sobie, nazywała się Katelyn Sherard. Nienaturalna pozycja, poskręcane kończyny. Na szyi ślad po igle, na prawym przedramieniu ostrym narzędziem wycięte: "New game, SH?".
Przyczyna zgonu: Najprawdopodobniej trucizna.
Czas zgonu: Około 23:00 dnia 2 maja br.
Prowadzący sprawę: G. Lestrade
Protokolant Natalie Evenman
*****************************
poniedziałek, 4 maja 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)